Autentyczność a kobiecość

Kwestia spójności osobistej i autentyczności po raz pierwszy zainteresowała mnie kilka lat temu, kiedy pracowałam jeszcze w korporacji, pięłam się po szczeblach kariery zawodowej i rozwijałam jako trenerka.

Całkiem mi się to w tamtym momencie podobało i oczywiście dawało mi sporą gratyfikację finansową.

Pamiętam, jak obserwowałam kobiety w korporacji; zuniformowane, ujednolicone, wyglądające bardzo profesjonalnie i bardzo poważnie. Na części z nich środowisko pracy wymusza taki styl bycia. Inne chyba dobrze się w tym odnajdują. 


Znacie kobiety, które w pracy starają się zachowywać jak mężczyźni, naśladują męski styl bycia, żeby być traktowane bardziej poważnie? Tak jakby być albo nie być w tym środowisku wymagało maksymalnego skupienia i powagi; dress code nawet wtedy, kiedy nie ma bezpośredniego kontaktu z klientem, sztywne godziny pracy w wielu miejscach, mało elastyczne środowisko pracy, hierarchiczna struktura zespołu, więcej mężczyzn managerów niż kobiet managerek nawet w sfeminizowanych zawodach. 



A ja na boku miałam mój taniec. Tak hobbistycznie, pasjonacko. A jednak zabierał mi coraz więcej czasu i coraz bardziej się w niego angażowałam. Oczywiście temat zainteresowań przewijał się w rozmowach i wychodziło, że jestem także instruktorką tańca. A że uczę salsy i tańców afrokubańskich, więc do skojarzeń z roznegliżowanymi panienkami w piórach z gołą pupą nie było daleko.

Czułam, że nie wpisuje się to dobrze do mojej korporacyjnej pracy. I pamiętam bardzo wyraźnie, jak zastanawiałam się, czy tego tematu po prostu nie przemilczać. Tak dla świętego spokoju. Tylko, że musiałabym mijać się z prawdą opowiadając, co robiłam w weekend lub na wakacjach. Taniec był wszędzie, wypełniał każdą moją wolną chwilę.


I wtedy usłyszałam wewnętrzne wołanie autentyczności: to jest bardzo ważna część mnie! Tańczę od dziecka, kręci mnie to i rozwija, pomaga w życiu. Czemu mam to ukrywać? Z obawy, aby nie być posądzoną o śmieszność i niewystarczającą powagę? Z obawy, że nie będzie to licować z powagą stanowiska? Że usłyszę zarzut, że rozmieniam się na drobne zamiast poświęcić „prawdziwej” pracy?

Tak się składa, że jedną z ważniejszych lekcji, jakie dostałam w szkole trenerów była właśnie ta o spójności osobistej. Postanowiłam więc, że żadnej z moich części ukrywać nie będę. Ani tej biznesowej, ani trenerskiej, ani tanecznej, ani tej wrażliwej, kobiecej.

Z korporacji odeszłam. Z tańcem zostałam.

Moja ścieżka życiowa wije się powoli i konsekwentnie skręca w stronę tańca. Nie znam jeszcze dokładnie jej celu, ale pozwalam się jej prowadzić.

Coraz więcej na niej tańca, kobiecości, wrażliwości, podążania własnym rytmem, zaufania i szacunku do siebie i autentyczności. Jest na niej miejsce dla wielu moich zainteresowań. I wszystkie pięknie się łączą. Podoba mi się ta ścieżka.

Ufam, że podążając za swoim wewnętrznym głosem, dojdę do miejsc, które są dla mnie dobre. Ten głos płynie z głębi kobiecości; z kontaktu z ciałem, emocjami, intuicją i potrzebą twórczej ekspresji.

A u Ciebie?
Ile jest w Tobie autentyczności?

Skomentuj wpis jako pierwszy!